• samochód żółw

    środa, Czerwiec 16, 2010 13 1

    Samochód żółw. Zajebista swoją drogą nazwa, pod nią się kryje wszystko czego można się spodziewać po takim kierowcy.
    Dziś wyjeździłam drugą godzinę. Jestem dość specyficznym przypadkiem, kurs zrobiony 6 lat temu, jedno nieudane podejście do egzaminu praktycznego, niezdane no i sobie odpuściłam. W sumie jakoś tak było że nie miałam specjalnie ciśnienia, praktycznie wszędzie jeżdżę z Karolem i pasowało mi to. Od jakiegoś jednak czasu myśl o wyprowadzce na wieś powoduje że mam dreszcze gdy pomyślę o tym że bez auta będę tam zwyczajnie udupiona, a nawet do wiejskiego sklepu jest kawałek.
    Postanowiłam więc czym prędzej coś z tym fantem zrobić. W kontekście 6 lat stwierdzenie czym prędzej jest co najmniej zabawne;]
    Tata mi obiecał ze jak zdam dostanę „kogutka” – to taki piękny brelok, on ma, mama ma, robiony z mosiądzu przez artystę. Więc motywacja jest;] Kolejna to taka że będę miała na dzień dobry czym jeździć bez większego auta o jakąś rysę.
    A jak mi idzie? Na razie nikt na mnie nie natrąbił, rozwijam zabójczą prędkośc 40 km/h, średnio co 10 minut auto mi gaśnie ale nie zrażam się i jak to by sie powiedziało końsko „wesoło galopuję do przodu”.
    Wszystkich lokalersów uprasza się o ostrożność jeśli będą mijać na skrzyżowaniach Babską Elkę;]

  • dzień na N I E i na rower

    czwartek, Kwiecień 8, 2010 5 1

    Ależ jestem dziś na nie! Czuję się jak mały leśny wredny trol. Są takie dni kiedy człowiek budzi się rano i ma po prostu focha. Życiowego, nieuzasadnionego, totalnie bez przyczyny.
    Za oknem świeci słońce, w domu porządek więc częściowo o zły humor obwiniam te czynniki bo po prostu nuda zagląda mi w oczy. Święta mnie totalnie wytrąciły z jakiejś takiej machiny życia. Pewnie tak samo czuli się ci, którzy we wtorek usiedli za biurkami w pracy. Widzicie, będąc housewife też można czuć ten stan.

  • zamotana, zaganiana

    sobota, Marzec 6, 2010 8 2


    Paradoksalnie nie pracując od 8-16 można być totalnie zabieganym. Ostatnio właśnie tak „prędko” jest.
    Najpierw szkolenie lniano – konopne, takie bardziej uczelnianie niż poprzednie. Wolę zdecydowanie jak jest interaktywnie, jak następuje wymiana wrażeń, informacji na łączach. Klimat tego szkolenia bardzo mi przypominał wykłady z socjologii wsi i miasta, niby ciekawy temat ale człowiek musiał się pilnować by nie zasnąć;] Tak więc po trzech dniach wzmożonej aktywności a raczej wzmożonego wytężania uwagi w piątek byłam okrutnie zmęczona. Dziś w planach sprzątanie było ale dalej ładuję baterie, gotuję rosoły i kompoty, robię sezamki które się zjada łyżką z papieru, wszystko oczywiscie w bałaganie. Bo żeby sprzątać ja muszę mieć wenę, dobry bodziec – tu dobrze się wpisują nabyte w ostatniej chwili meble albo elementy ozdobne a że żaden z czynników nie został spełniony to i nie ma sprzątania. Trudno, nikt jeszcze od brudu i bałaganu nie umarł!

  • złowrogi cień babilonu

    niedziela, Styczeń 17, 2010 5 2

    Wędrując po blogach ostatnio widzę dyskusję pt. „Dobre bo polskie” i trochę mnie ona śmieszy i wkurza. Wieje od niej takim fanatyzmem, znam ten rodzaj fanatyzmu, z czasów moich poszukiwań siebie. Latania na skłot, feministycznych zapędów, wegetarianizmu, końskich fundacji, bojkotu produktów z Chin i ze skóry i innych takich;]
    Znam i uważam że jest dobry w okresie młodzieńczego buntu. Że kształtuje człowieka. Ale też że przychodzi taki czas, w którym trzeba wyrosnąć. Bo fanatyzm jest w wydaniu dużych ludzi i groźny i śmieszny, zwłaszcza jak nie jest konsekwentny – bojkotuję co chińskie ale mam komórkę złożoną tam, i połowę ubrań z Chin, a w domu króluje skandynawska stylistyka.
    Lubię polskie produkty ale nie chcę za nie przepłacać. Znam nasze zwyczaje i staram się je celebrować. Wieszam flagę na 11 listopada, śpiewam kolędy i wiem co to jest „święty kąt” i korowaj ale nie czyni mnie to wcale lepszą w te dni ode mnie w dni kiedy piekę lussekater czy wydrążam dynię.