Krew, pot i łzy czyli jak smakuje prawdziwe wiejskie mleko

poniedziałek, Listopad 28, 2016 7 3

Poniedziałek. Za oknem ciemno. Ze snu o 5:30 wyrywa mnie budzik. Usiłuję wyciągnąć spod Grahama zdrętwiałe stopy i kołdrę, by szczelnie nakryć się razem z głową. Nie chcę wstawać. Po kilku minutach decyduję się nieśmiało wysunąć stopę spod kołdry. Cholera, jak zimno. Zaciskam mocno powieki i udaję, że ten  budzik to nie mój, że to nie ja muszę tak wcześnie wstać. Że to nie moje marzenia ściągają mnie bladym świtem z łóżka. Że to nie ja marzyłam o krowie…15171035_742144895963896_5542585285943803262_n

Czasami jest tak, że o czymś bardzo marzymy, mając przed oczyma zupełnie nieprawdziwą wizję tego jak będzie. Stąd też pełno rozwodów, gdy związek się jawił niczym pasmo głębokiego patrzenia sobie w oczy i trzymania za ręce. Ja z kolei żyłam złudnym marzeniem o krowie. Po jej kupieniu zweryfikowałam to, że to jednak nie jest koń w innym opakowaniu, ale dojenie wydawało się mglistą przyszłością. Takim nigdy nigdy. Takim dżemem wczoraj, dżemem jutro, ale nigdy dżemem dziś.

Gdy ta perspektywa tak jak i poród krowy zbliżała się nieubłaganie, wydawało mi się, że to takie proste będzie. Stołeczek, chustka Hermès na głowie, uśmiech na twarzy i śpiew na ustach. Tak wiem, naiwne jak licho. Ale na serio, nigdy Wam się nie rozbiegła rzeczywistość z marzeniami?

Rzeczywistość pierwszego dojenia to był pot, łzy, siłowe rozwiązania i kopyta fruwające na wszystkie strony, najchętniej na wysokości mojej twarzy. Wiadro kopnięte po stokroć i fruwające po całym boksie, kopnięty nadgarstek i kolano. W tym wszystkim my, zieloni jak trawa na wiosnę. Dobrze, że w takich sytuacji mogliśmy liczyć na pomoc kolegi, wsparcie telefoniczne znajomych i czytelników z bloga, którzy mają krowy, mieli, albo na nich zjedli zęby.  W tym wszystkim mało było sielskich obrazków, uroczych stopklatek. Dużo za było to słów powszechnie uznawanych za obelżywe, ciuchów do prania i bolących rąk. Chustki Hermès nie było, na spełnianie tak wysublimowanych marzeń zabrakło funduszy.

Po kilku dniach sytuacja została na tyle opanowana, by przestała stanowić zagrożenie naszego bezpieczeństwa i zaczęła się zwykła codzienność. Codzienność, w której budzik dzwoni gdy każdy „miastowy” jeszcze śpi.
Wstaję więc niechętnie, ciepłe skarpety, dres, kurtka, złapana w biegu czapka. Kalosze takie zwyczajne, nie żadne hipsterskie Huntery glossy. Na podwórku śnieg. Idę do stajni, witam się ze wszystkimi naraz i z każdy po kolei. Otwieram boks Mukki. Stołek, wiadro, mokre chusteczki. W oddali słyszę kroki Karola, karmi całą resztę, wkłada derki, wypuszcza.
Myję wymiona, zaczynam doić. Pięć, dziesięć minut. Dwadzieścia, czterdzieści. Potem już nie zerkam na zegarek. Brak wprawy doskonale czuję w dłoniach i barkach. Mam za to doskonałą okazję by ćwiczyć refleks. Cielak próbuje mi osiemdziesiąt razy wywrócić wiadro, 5 razy wskoczyć na plecy a ja się zastanawiam czy jak tak beztrosko siedzę sobie, za chwilę nakryję się stołeczkiem gdy mała raciczka kopnie mnie z półobrotu. W międzyczasie mała łapka z góry puka w szybę i mi macha. Trochę doję, trochę macham Lewkowi, trochę robię uniki przed cielakiem chroniąc wiadro.

W końcu przychodzi finisz. Rozprostowuję ramiona, zbieram zabawki, odpinam Jaśnie Panią Matkę i wracam do domu. Prysznic, szlafrok. Siedzę przy stole i znów jestem zwyczajną dziewczyną, nie mleczną wojowniczką. Karol przynosi mi kawę.
I ta kawa sprawia, że zaczynają mi lecieć łzy. Nigdy bowiem moja kawa nie smakowała tak dobrze. Cieżką pracą, satysfakcją, poczuciem obowiązku i wyrzeczeniem; życiem które sobie wymarzyłam, ciepłym futrem cielaka i poczuciem spełnienia.

Komentarze: 7
  • Magda
    Listopad 28, 2016

    Pięknie to ujęłas. Powinnaś napisać książkę. Z zapartym tchem bym ja czytała. Wiec kochana będę czekać.

  • Bożena
    Listopad 28, 2016

    Warto podejmować nowe wyzwania, nawet jeśli odbiegają one od wyobrażeń o nich. W codziennym życiu, obowiązkach, drobnych sprawach, czasem męczących, można znaleźć sens i mogą nam one dawać dużo radości. Korczak mawiał: cymbał to ten, który chce, żeby zawsze było łatwo. Wytrwałości więc życzę.

  • wieśniaczka
    Listopad 28, 2016

    Ot proza życia, a jakże poetycko ujęta :-D Może dobrze, że młode okazało się chłopcem, a nie wymarzoną dziewczynką. A co do Mukki – może ustawić budzik na 6. Zawsze to pół godziny dłuzej spania :-) Pozdrawiam serdecznie

    • Księżniczka w kaloszach
      Listopad 28, 2016

      Może i dobrze faktycznie? Może jutro o 6? Dziś Lew i tak spóźniony do przedszkola:D

  • Lila
    Listopad 29, 2016

    Hmm nie mam doświadczenia z krowami, ale to co piszesz brzmi jak katorga. Z kozami jest o wiele sympatyczniej. Też bywają humorzaste, ale to zdecydowanie mniej groźny i przy tym łatwy do ogarnięcia gabaryt;) No i samo dojenie idzie chyba łatwiej… u mnie to praca z doskoku, codzienność to jedno z marzeń, chociaż fakt, że nie da się uniknąć tej ciemnej strony ciemnych wczesną godziną poranków sprawia, że póki co cieszę się samą wizją marzenia i możliwością obcowania z nim w niedoskonałej i okrojonej formie;) Pozdrawiam i trzymam kciuki, że będzie lepiej!:)

  • Asia
    Grudzień 2, 2016

    Rzeczywiście pieknie ujęte. Przez chwilę poczułam się jakbym naprawdę sama miała wstawać, żeby wydoić krowę. Popieram pomysł z napisaniem książki !! :-)

  • Katarzyna Szczurek
    Marzec 27, 2017

    Pochodzę z miasta. Do końca studiów mieszkałam w bloku, mój mąż również. Po ślubie przeprowadziliśmy się do małej wioski pod Krakowem. Mamy dwójkę dzieci, owce kameruńskie, kury, gęsi, kaczki, rybki w stawach i od tygodnia krówkę jersey. Pierwszy raz miałam do czynienia z krową, dojeniem i jestem w trakcie nauki przetwórstwa mleka. Nie wstaję do krówki o 5-tej. Wstaję o 5.40, biorę prysznic, piję kawę, czytam wiadomości w necie, przygotowuję ubrania, budzę dzieci i zawożę je do szkoły. Ok. 8.00 idę do zwierzaków, wypuszczam drób i daję owcom siano. Potem idę do mućki, daję jej sianko, czyszczę, myję wymiona i zabieram się za dojenie, które trwa ok. pół godziny i efektem jest ok.6 litrów mleka. Potem daję jej paszę treściwą ( którą uwielbia) i chwilę się z nią bawię. Może w pierwszy dzień po przyjeździe krówki dojenie trwało dłużej, ale po kilku dniach już nie ma żadnych problemów. Moja krówka jest jak taki trochę większy pieseczek. Nie kopie, nie kreci się i nawet za bardzo ogonem przy dojeniu nie macha. Także nie mogę zgodzić się, że jest jakiekolwiek pot i łzy. Czysta frajda obcowania z bardzo grzecznym i inteligentnym stworzeniem. A samo mleko – pycha, gęste, kremowe, z masą śmietany ( bita wychodzi rewelacyjnie, dzieci uwielbiają). I to wszystko po tygodniu bycia właścicielem krowy ( wcale nie starej, 2,5 rocznej, w pierwszej laktacji ,spodziewającej się w sierpniu potomka. Wychowanej w stadzie bez praktycznie żadnych bliższych kontaktów z ludźmi – dojarki, mechaniczne zadawanie paszy i usuwanie obornika). Cieszę się, że mam krowę. I że zamiast w szpilkach rano ubieram kalosze. I cieszę się, że moje dzieci mają możliwość dorastać w kontakcie z przyrodą. Pozdrawiam serdecznie :)

Dodaj komentarz